Nieprzemierzone okiem trzęsawisk obszary,
Snują mi się niekiedy, jakby senne mary.
Lasy ciemne i gęste, jak gdyby jaskinie;
Rzeka, co miedzy łozą, a sitowiem płynie;
Uprzykrzonych owadów drużyna skrzydlata
I zielony motylek, ci nad wodą lata;
I ta cisza powietrzna, rzadko przerywana
Ostrym krzykiem żurawia, klekotem bociana,
Albo pluskaniem czółna po spokojnej fali,
Kiedy rybak z węcierzem przemknie się w oddali.
Tajemny jakiś urok w mych oczach obwiewa
Czarne, podarte chatki na piasku lub mszarze,
Słoma kryte cierkiewki i wiejskie cmentarze,
Ozdobione jedliną lub sosna pochyłą,
Gdzie sterczy mała chatka nad każdą mogiłą.
Słowiczy śpiew
W konarach drzew
Tak nieraz serce słodzi,
Nad moim krajem
Obłoki białe
Baśniową płyną łodzią.
Srebrzyste łzy
Porannej mgły
Urocze łąki zdobią.
W Poleskim Kraju
Sędziwe gaje
Coś szepczą między sobą.
Jak wonny maj
Mych przodków kraj,
Gdy zorza go obudzi.
Tu błyszczą gwiazdą,
Rodzinne gniazda
Tak wiele słynnych ludzi.
Ten czar i śpiew,
Niebiański zew
Ból duszy nieraz koją.
Na cały świecie
Perełką świeci
Poleska Ziemia moja.